wtorek, 22 kwietnia 2014

Przed kanonizacją

Wróciłem na swoje śmieci. W Rzymie zdecydowanie cieplej i słoneczniej niż w Weronie. I zabawniej. I tłoczniej tu. Czuć zwiększającą się ilość turystów i pewnie pielgrzymów. Autobusy jeżdżą zupełnie nowymi i chyba spontanicznie tworzonymi trasami. Tłumy. Wszędzie tłumy. Oczekiwana niedziela, będzie również dniem ulgi dla mieszkańców i wyzwolenia od tego okolicznościowego najazdu ludów niekoniecznie barbarzyńskich. Chociaż kto wie. Chciałbym wrócić do rytmu zajęć. Będzie trudno. W tłumie wychylają się głowy wielu znajomych. Wypełniam grafik. Poranna kawa w jednym miejscu. Lody z kimś innym. Obiad... Deser... Pizza... Spacer. Mam nadzieję, że obskoczę wszystkich, od których otrzymałem zaproszenie.

Chyba mam trochę szczęścia: w 2011 roku mogłem uczestniczyć w uroczystościach beatyfikacyjnych, a teraz, za kilka dni, w kanonizacyjnych tego samego człowieka. W takich dniach głębsze przygotowanie duchowe, chociaż konieczne, staje się wydarzeniem mało prawdopodobnym. Znowu trzeba wykrawać minuty na ciszę, na brewiarz, adorację. A chciałoby się przecież, by niedzielna kanonizacja zostawiła jednak dobre i trwałe piętno. Wspominam beatyfikację, która powaliła i wzruszyła. To może być dzień otwartego dla nas nieba. Nie ukrywam, że codziennie przywołuję Jana Pawła, jak i jego kompana Jana XXIII. Więc może niebo - tego dnia oblane miłosierdziem - pozwoli dojrzeć obecność Pana, który jak do Marii, zwraca się po imieniu, jest blisko, mówi, daje zadania, wskrzesza wiarę, która przymiera, Może uśmiechnięte twarze papieży przypomną, gdzie tak naprawdę dom. Ten prawdziwy. I co jest celem tego życia.

PS. Tak powoli przygotowuję się do zamknięcia tego bloga. Zapraszać będę pod inny adres, strony ciągle przygotowywanej: www.tusosna.net


Foto: http://i.telegraph.co.uk/multimedia/archive/02535/POTD-FRANCE-kites_2535689k.jpg
niedziela, 20 kwietnia 2014

Do siedmiu

Wśród wczorajszych smsów, opływających w serdeczne życzenia, znalazł się i jeden od Kamila: "Jacek, co się tam czuje w te dni?". TAM, to znaczy w miejscu mojego posługiwania, w Weronie, wśród obcokrajowców, wśród ludzi o zupełnie innej mentalności, wrażliwości, kulturze, sposobie bycia. W Kościele, który ma zupełnie inną tradycję, swoje własne zwyczaje, wiele liturgicznych adaptacji, które w Polsce nie znalazły miejsca. TAM, to miejsce odległe, położone w kotlinie, między zielonymi wzgórzami. TE DNI, to ostatni czas przygotowania do Paschy, obchód Wielkiego Tygodnia, Triduum Paschalnego, Poniedziałku Wielkanocnego. CO SIĘ CZUJE?

Po pierwsze: świadomość tego, że jestem tu naprawdę potrzebny. Godziny spędzone w konfesjonale, długie rozmowy, które nie ruszały tyłka Maryny, ale skupiały się na zagubieniu i odnajdywaniu człowieka, na przybliżaniu Boga dobrego, na głoszeniu kerygmatu. Kiedyś już wspominałem, że w ciągu tych kilku dni, widziałem o wiele więcej łez u kobiet i facetów, niż w czasie całego mojego polskiego księżowania. Ściska za gardło, gdy sobie uświadomisz, że Pan Bóg potrafi się tobą posłużyć i przemówić w taki sposób do klęczącego przed tobą człowieka, że opadają kajdany i mury, zaczyna się życie. Jest radość.

Po drugie: pewną głębię tego wszystkiego, co zawiera w sobie treść liturgii. Wolny od przygotowań i bieganiny, mogę skupić się nad istotą. Męka, śmierć, zmartwychwstanie huczą aż nazbyt wyraźnie. Wychodzisz w sobotę wieczorem z konfesjonału, po chwili stajesz przy błogosławionym ogniu, wnosisz zapalony paschał, by w ciemnym jeszcze kościele widzieć te same twarze, które jeszcze przed chwilą zawstydzone, zakłopotane, bolesne zrzucały maski w sakramencie pojednania. Chrystus zwycięża. Może na chwilę. Może na dłużej. Na zawsze? Wraca nadzieja. Ktoś odzyskuje siły. Ktoś chce żyć.

Po trzecie: życzliwość. Trudno przemknąć między plebanią a kościołem, między kościołem a szpitalem, między ulicami, między ławkami. Pytania, żarty, buziak, życzenia, prośby, dłuższe konwersacje. Siostry, które zrobiłyby dla mnie wszystko. I ten powracający refren: wrócisz tu jeszcze, prawda?

Po czwarte: tęsknotę. Tak dużo dobrych tu ludzi. Nie mogę jednak powiedzieć, że już się z nimi oswoiłem. Gdyby zsumować spędzany tu przeze mnie czas, wyszło by może kilka miesięcy. Trudno byłoby mi powiedzieć, że ich kocham tak, jak kocham tych, z którymi spędziłem lata. Prawda, chcę ich dobra. Chcę im dać to, co cenne. Chcę im wyrysować mojego Boga. Podzielić się moim doświadczeniem. Więc tęsknię za tamtymi, co dalej, co gdzieś tam w świecie gonią za twarogiem do sernika i za farbkami do jajek. Święta wśród swoich smakują bardziej.

Po piąte: zdenerwowanie. Mam olbrzymi szacunek dla angażujących się świeckich. Szczerze, Polacy w tej materii są daleko w polu. Widzę ich zapał, chęci. To jest piękne. Liturgia jednak gubi tu swoją głębię. Choć to głównie wina księży. Dużo krzyku, nadmiar symboli, brak odświętności. Triduum pozbawione ciszy. Organy, gitary graja bez ustanku. Celebracje przewidziane przez Kościół zastępowane wymysłami niezrealizowanych proboszczów. Chrystus, który umiera o 15.00, o 17.00, podczas przedstawienia i jeszcze wieczorem na zakończenie dnia. Krzyż odsłaniany, zasłaniany, wnoszony i wynoszony. Adoracja tymczasowego otwartego i pustego tabernakulum, podczas, gdy Eucharystia przechowywana jest w szafie w zakrystii. Powszechność plastikowego kikuta, czyli pseudo-paschału - co by na to pszczoła powiedziała? Exultet zastąpiony pioseneczką, podobnie Psalmy. Niewyszkoleni ministranci, których przez całą liturgię męczą owsiki. Pośpiech proboszcza... Brak grobu.

Po szóste: lokalny patriotyzm zwyczajowy. Cóż... Moje śniadanie wielkanocne to filiżanka kawy i kawałek suchego ciastka. Nie ma życzeń, nie ma święconki, nie ma malowanych jajek. Nie ma obżarstwa. Nie ma biegania po chałupach.

Po siódme: zmęczenie. Z czystym sumieniem mogę napisać: zasłużone.

A mimo wszystko to dobre doświadczenie. Moje bogactwo.
piątek, 18 kwietnia 2014

Przejście

Od kilku już lat, w Wielki Czwartek, nie uczestniczę we Mszy Krzyżma w katedrze, w której byłem święcony. Przyrzeczeń kapłańskich nie odnawiam wobec mojego biskupa i wobec prezbiterium, którego jestem częścią. Stanąłem kolejny rok z rzędu w obcej katedrze, przed nie moim biskupem, wśród księży, których twarze kompletnie mi nic nie mówią. Ciekawe doświadczenie. W czasie przecudownie przygotowanej liturgii, wpatrując się w mury tej świątyni i w to, co te mury dźwigały, wróciłem sentymentalnie do dnia moich święceń. Nigdy bym się nie spodziewał, że tamto TAK, które z mojej strony jest ciągłym i nieodwołalnym TAK, może radykalnie zmienić życie chyba we wszystkich jego aspektach. Świat staje się moją parafią. Parafianami ludzie poznawani w jego zakątkach. Rzeczy wcześniej niemożliwe zamieniają się w zachwycającą codzienność. Marzenia stają się faktem. Dokąd jeszcze pójdę? Dokąd poprowadzi mnie TEN, któremu jednak pozwalam się przepasać?

Siostry Cenacoline przygotowały obiad, prezenty i życzenia. Brazylijki śpiewały i grały, na czym się tylko dało. Na strunach mojego serca również. Ich serca na dłoni. Nie przesadzam. Dużo dobra od nich otrzymuję. Chociaż wiem, że pamięć i dobre słowo starej mojej gwardii gra we mnie subtelniej.

Nie ma tu tradycji budowania grobu. Celebracje zdecydowanie różnią się od ojczyźnianych. Szukam Pana Boga w tej inności. Chociaż symbol grobu w tym dniu wydaje mi się bardzo wyrazisty. Dziś kojarzył mi się z Betlejem. Jezus narodzony w betlejemskiej grocie. Narodzony dla świata, dla nas. Złożony w grocie skalnej Józefa z Arymatei, rodzić będzie świat ku wieczności. Wszystko stanie się nowe.

Refrenem są spowiedzi. Nie wiem, czy tych ludzi dowożą wagonami? Czasami może lepiej nie znać dramatu ich życia. Jak bardzo można zabłądzić. Stracić wszystko. Jak ten Pan Bóg, biedaczyna, potrafi odnaleźć właściwą drogę, by dotrzeć do zgliszcz i zacząć budować raz jeszcze? W konfesjonale znalazłem dość duży krzyż św. Benedykta. Spowiadając, trzymam go cały czas w ręku. Krzyż to konsekwencja tego, co słyszę i co sam w konfesjonale mówię. Nie gorszę się. Nie wpadam w furię. Słucham. Szukam światła. I myślę, jak wielką wartość musi mieć człowiek. Dzieją się tu rzeczy niemożliwe. Cuda na wyciągnięcie ręki. 


Foto: http://i.vimeocdn.com/video/375174295_640.jpg
poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Może potem

Czuję, że żyję. A żyję od kilku dni w Weronie, jako znany miejscowym parafianom don Jaczek, specjalista od świątecznych spowiedzi. Obok nich rozmowy, pewnie bardziej śmiałe w zadawaniu trudniejszych pytań, niekoniecznie z zakresu matematyki czy prawa, ale codziennego życia, w które powinno się wpisać również życie wiary.

Mimo niby zanikającego poczucia grzechu, widzą w sobie słabość, czasami chyba z przesadą. Zapomnieli, że są i nigdy nie przestaną być dziećmi. Bożymi. Utrzymują zewnętrznie piękną formę. Tapeta na twarzy. Misteryjnie dobrane drobiazgi. Świetny ciuch. Przyczepiony uśmiech. W środku pusto, bo coś się zagubiło. I gdyby tak mogli coś zmienić, spróbować jeszcze raz. I gdyby nie spotkali kogoś, albo, gdyby ktoś stanął na ich drodze, byłoby inaczej. Gdyby mogli wybrać raz jeszcze. Będzie lepiej - mówią - może, jak założą rodzinę, jak już się uporają z pracą, jak przejdą na emeryturę, jak zmienią środowisko. Sfera marzeń.

Nie będzie nigdy lepiej. Jeśli nie zaczną zmieniać się, swego życia teraz i tu, nie czekając na to, co przyniesie przyszłość.


Foto: http://www.balcanicaucaso.org/var/obc/storage/images/articoli-da-pubblicare/i-fantasmi-di-van-uomini-dopo-il-terremoto/fango/746263-1-ita-IT/Fango_imagezograf.jpg

Popularne posty

Liczydło

Obserwatorzy

Kim on jest?

Moje zdjęcie
Πρεσβύτερος, czyli starszy. Anachoreta w Wiecznym Mieście. Współprojektant życia. Αγαπημένη από το Θεό.